WAKACJE Czerwiec'95

Nasze wakacje byly lekko opoznione. Mielismy klopoty z wiza amerykanska. Czekalismy na nia przez szesc tygodni - co nas powaznie zaskoczylo poniewaz poczatkowo bylismy nastawieni na jeden dzien oczekiwania. Ambasada uparcie twierdzila, ze czeka na jakies potwierdzenie z Waszyngtonu, ale z tego co zrozumialem to owego potwierdzenia nie doczekala sie dajac nam ostatecznie wize. Jednak dlaczego kazali nam tak dlugo czekac zupelnie nie rozumiem.

Ze wzgledu na opoznienie, nasze poczatkowe plany musialy ulec zmianie. Planowalismy poczatkowo zahaczyc o Nowy Jork i STOC'95 - konferencje w Las Vegas, gdzie mialem przyjeta prace. Jak sie okazalo na STOC pojechal tylko Artur [Czumaj], ktory przed konferencja wpadl do nas do Hull [Kanada] z tygodniowa wizyta. Ostatecznie zdecydowalismy, ze pojedziemy bezposrednio do Kalifornii, a jak bedzie okazja to zwiedzimy rowniez okolice. Glownym punktem zaczepienia mialo byc dla nas Riverside dzieki goscinnosci Marka [Chrobaka]. Na krotko przed wyjazdem zaistniala szansa, ze spotkamy sie w Kalifornii z Mirkiem [Kowalukiem], ktory wlasnie kupil samochod i mial zamiar wybrac sie nim z Lexington [Kentucky] na zachodnie wybrzeze. Niestety sprawy mieszkaniowe i finansowe zatrzymaly go tuz przed wyjazdem i nasze plany wspolnych wojazy zostaly odlozone na inna okazje [Mirek odwiedzil nas jeszcze tego samego lata w Hull].

14 Czerwca - PODROZ DO KALIFORNII

Wyruszylismy z Kanady 14 czerwca rankiem samolotem z Ottawy o godzinie 9-tej. Lecielismy liniami North-West poniewaz udalo nam sie kupic bilety w dobrej cenie, dokladniej mielismy deal 2 for 1, i razem z podatkami zaplacilismy 600 $CAN za 2 osoby (za bilet z mozliwoscia zmiany terminu lotu). Jak sie pozniej okazalo linie North-West sa stowarzyszona z holenderskimim KLM-em i sa rownie, o ile nie bardziej "siermiezne" niz KLM. Zarcie raczej podle, na dodatek okazalo sie ze nie ma dla nas zamowionego posilku wegeterianskiego. Mielismy miedzyladowanie w Detroit. Tam przeszlismy odprawe paszportowa. Akurat przylecial jakis (duzy) samolot z Chin wiec musielismy wystac sie w kolejce. Na dodatek okazalo sie, ze przed odprawa nie ma toalety. Zupelnie nie rozumiem dlaczego. Na wielu lotniskach, rowniez w Warszawie, nie ma z tym klopotu, w Detroit jest inaczej. Lecz jak tylko znalezlismy sie za bramka cala zlosc minela - bylismy w USA.

Zdazylismy jeszcze zjesc w przerwie pizze w PIZZA-PIZZA i juz lecielismy do Los Angeles. Przed odlotem na naszych oczach (siedzielismy przy drzwiach) wyciagnieto z samolotu kobiete bo okazalo sie, ze nie ma juz dla niej miejsca na pokladzie. Jak dla mnie to obciach.

Po drodze mijalismy rozne gory i poniewaz byla znakomita widocznosc, polowe drogi spedzilismy z nosami przyklejonymi do szyby. Mam wrazenie, ze mijalismy rozne ciekawe masywy i kaniony m.in. Grand Canyon, niestety glosnik pokladowy milczal. Zwykle w takich momentach pilot mowi co sie dzieje pod samolotem, ale nie tym razem.

W LA pojawilismy sie ok 14 po poludniu. Poniewaz odprawe paszportowa przeszlismy w Detroit, wiec tym razem czekalismy wylacznie na bagaze, i po ok 0.5 godziny wyszlismy do terminalu autobusowego. Mielismy pewne wskazowki od Marka jak dojechac do Riverside autobusem miejskim. On sam nam radzil zeby wziac shuttle (ok 50 $), ale my chcielismy oszczedzic, wiec wybralismy wariant najtanszy. Z notatki Marka wynikalo, ze powinien byc z lotniska autobus miejski do Montclair, a stamtad jest juz bezposredni autobus do Riverside. Zycie okazlo sie bardziej ciekawe niz notatka. Jedyny autobus jaki dawal nam niezerowe szanse podwiozl nas na pobliska petle autobusowa. Tam okazalo sie, ze nie ma zadnego autobus do Montclair ale zasugerowano nam, ze najlepiej pojechac do srodmiescia (downtown) i tam zlapac cos do Montclair. Nie bylo na co czekac - autobus wlasnie ruszal - wiec wsiedlismy. Okazalo sie ze kierowcy autobusow w LA sa bardzo uprzejmi i gadatliwi, dzieki temu (mimo naszej malomownosci) dowiedzielismy sie wielu ciekawych rzeczy, np tego ze Montclair nie jest po drodze do Riverside. Przyznam sie, ze troche zglupialem bo tego sie nie spodziewalem. Nie mielismy mapy zeby sprawdzic gdzie jest owo Montclair, nachodzily mnie mysli ze moze sa dwa Montclair i my jedziemy nie tam gdzie trzeba, ale w koncu postanowilismy zaufac notatce Marka. Jazda z lotniska do downtown zajela ok 1.5 godziny. Kierowca autobusu rzucil nam przy wyjsciu ze jak decydujemy sie na Montclair to najlepiej jak zlapiemy autobus z ulicy Spring i cos powiedzial jeszcze o Foothill, ale nie bardzo zrozumialem o co mu chodzi. Na poczatku myslalem ze to miasto do ktorego sie jedzie przez Montclair, ale okazalo sie ze to nazwa linii autobusowych ktore obsluguja nasza trase. Bilety autobusowe kupuje sie w autobusie wiec trzeba miec pelne kieszenie drobnych zeby byc przygotowany na taka ewentualnosc. Jak sie pewnie domyslacie kieszenie mialem pelne drobniakow kanadyjskich nie amerykanskich, wiec kazda podroz autobusem rozpoczynalismy od negocjacji z miejscowymi na temat wymiany pieniedzy na drobne. Mialem okazje pocwiczyc swoj akcent.

Kierowca autobusu linii Foothill tez byl gadatliwy i przyjaznie nastawiony. Nie moge pojac dlaczego kierowcy PKS robia na mnie zawsze odwrotne wrazenie. Uspokoil nas mowiac, ze jest z Montclair autobus do Riverside, i ze powie nam gdzie sie przesiasc. Poczulem sie jak w domu, tzn tak naprawde poczulem ze jestem glodny i zmeczony. Mielismy nadzieje, ze juz szybko bedziemy w Riverside. Niestety w Ameryce autobusy nie jezdza w linii prostej jak to zwykle bywa w Warszawie, poniewaz tam wiekszosc domow to domy jednorodzinne wiec zeby zebrac odpowiednio duzo klientow autobus musi pokonywac przerozne meandry co bezposrednio odbija sie na czasie. Po nastepnych 2 godzinach ukazalo sie nam Montclair. Teraz juz tylko przesiadka na autobus do Riverside, nastepna godzina, i bylismy na miejscu. Jak zadzwonilem do Marka z dworca autobusowego to czulem, ze spodziewal sie nas duzo wczesniej. Ostatnie pare mil pokonalismy juz NISSANem MAXIMA w calkowitym komforcie czujac, ze to koniec podrozy.

Podroz z lotniska zajela nam wiec ok 5-6 godzin, troche dlugo, ale tanio. Za przejazd (ok 70 mil ~100km) kazde z nas zaplacilo 5$ (razem 10$), a wiec 5 razy taniej niz shuttle. Moze jeszcze dodam ze autobusy sa klimatyzowane wiec pomimo upalu daje sie wytrzymac. I jeszcze jedno, w autobusie bylismy wlasciwie jedynymi bialymi (tylko w srodmiesciu bylo przez chwile inaczej), wiekszosc pasazerow to Meksykanie i Murzyni (o przepraszam - African Americans).

16-18 Czerwiec, WYCIECZKA W GORY

Corka Marka - Agata konczyla szkole w czwartek 16 VI. Zaraz po zakonczeniu w piatek spakowalismy namioty do drugiego samochodu Marka (stary Chevrolet minivan i pojechalismy w gory). Pojechalismy w Alabama Hills w Sierra Nevada, jakies 250 mil na polnoc. Glownym celem byl Mt Whitney 4,4 tys m, niestety tym razem pozostal niezdobyty. ["Co sie odwlecze to nie uciecze", wlazlem na Mt Whitney rok pozniej, samotne wejscie ;-)] W dniu wyjazdu i dzien wczesniej pojawily sie anomalie pogodowe. Juz dawno nie padal tam taki obfity deszcz w polowie czerwca. Na dodatek bylo zimno i porzadnie wialo, jak wyjezdzalismy bylo ponizej 10 C, a w trakcie jazdy robilo sie coraz zimniej. Po drodze mijalismy wiezienie federalne (pustynia to dobry pomysl na wiezienie) a nad glowami przelecial nam najnowszy amerykanski mysliwiec w ksztalcie trojkata (nie pamietam jak sie nazywa), zrobil na mnie duze wrazenie widziany w rzeczywistosci. Z przodu prawie wcale go nie widac, potrafi latac szybko i wolno, z daleka myslelismy ze to lotnia. W tych okolicach jest duzo lotnisk na zaadoptowanych dnach wyschnietych jezior. Gdy dojechalismy do miasteczka Lone Pine u stop Mt Whitney, skrecilismy w kieruknu gor i podjechalismy spory kawalek wyzej. Jesli dobrze pamietam to na jakies 2,5 tys m. Wyszedlem z samochodu i jedyne co chcialem to wrocic tam jak najszybciej. Juz w poludnie bylo okolo 0 C a im blizej ku zachodowi robilo sie coraz zimniej. Na dodatek zaczal padac snieg i bylismy coraz bardziej zaskoczeni. Na szczescie udalo sie rozpalic ognisko, i przy zalozonych polarkach dawalo sie jakos przetrzymac kolacje na dworze. Niestety noc byla jeszcze zimniejsza. Agnieszka zykle marznie w takich sytuacjach, wiec nie wiem jak ona to wytrzymala, chyba mysl ze jestesmy nareszcie na wakacjach w Kalifornii dodawala jej otuchy. Nastepnego dnia wyszlo slonce i zaczelo robic sie cieplej, nie powiem jednak zeby bylo bardzo cieplo. Odwazylismy sie pojsc w gory. Musze dodac w tym miejscu ze Marek i Hania (zona Marka) zabrali na wycieczke swoja 3-letnia corke Ule, ktora w tych nietypowych warunkach radzila sobie znakomicie. Byly jeszcze z nami Agata i jej kolezanka Jasmine, ale one nie braly udzialu w naszej wyprawie w gory. Im blizej bylo do poludnia robilo sie coraz cieplej, wdrapalismy sie jakies 1000 m do gory. Nie bylo to nawet specjalnie forsowne. Marek niosl Ule na plecach, a ja nioslem plecak z obiadem i napojami. Bylo jeszcze troche chmur wiec nie bylo widac od razu calych gor. Robilo to na mnie duze wrazenie, tak jakby gory nie chcialy od razu pokazac nam calego swojego piekna. W chmurach wygladaly o wiele grozniej, niz pozniej jak sie juz wypogodzilo. Po paru przystankach doszlismy do jeziorka nad ktorym Hania postanowila zostac z Ula. Ustalilismy, ze zajmie sie obiadem a my jak chcemy to mozemy podejsc jeszcze kawalek do gory. Marek tylko na to czekal i dalej poszlismy juz troche szybciej lzejsi o plecak i Ule. Agnieszka dzielnie nam asystowala przez nastepne 0.5 godziny. W koncu wyszlismy na nastepne pole z wijaca sie rzeczka gdzie spasowala Agnieszka. Znalazla ogromny rozgrzany kamien i spedzila na nim nastepna godzine. My w tym czasie z Markiem podeszlismy jeszcze kawalek do gory, mijajac po drodze "wlokacych" sie amerykanskich turystow. Mam wrazenie ze mysmy poprostu podbiegli nastepne 100-150 metrow. Tam bylo ostatnie juz jeziorko z bezposrednim widokiem na szczyt Mt Whitney. Wydawalo sie ze gora jest w zasiegu reki. Marek uswiadomil mi jednak ze dojscie na szczyt zajmuje stad jeszcze ok 6 godzin wiec moglem sobie tylko pomarzyc. Samo podejscie nie jest wiec trudne ale czasochlonne. Nad jeziorkiem nakarmilismy tamtejsza wiewiorke (ktorych bylo wszedzie pelno) orzeszkami ziemnymi i wrocilismy na dol zabierajac po drodze rozgrzana w sloncu Agnieszke. Ostatnie metry przed polanka na ktorej czekala Hania z obiadem pokonalismy zjezdzajac na butach (i nie tylko) skracajac sobie standardowe zejscie po serpentynie. Przypomialy mi sie czasy dziecinstwa, nasmielismy sie co niemiara. Na obiad jak to w gorach zupka z puszki, niemiecki chleb, ale w takim otoczeniu wszystko samkuje. Zeszlismy na dol przed wieczorem. Kolacja, nastepna (juz mniej) zimna noc no i trzeba bylo wracac.

19 Czerwiec, WYNAJECIE SAMOCHODU

Marek mnie nastraszyl, ze moga byc klopoty z wynajeciem samochodu. Gdyby nie pomoc Marka nie mielibysmy zadnych szans, bez kart kredytowej nie bylo mowy o wynajeciu auta. Najpierw pojechalimy do firmy "Budget" gdzie zaproponowali nam auto z ok 50$ za dobe, troche drogo ale bylismy zdeterminowani. Na szczescie w tym momencie nie bylo auta w garazu, wiec na probe podjechalismy do miejscowego dealera Forda a tam oferta okazala sie byc ciekawsza. Za dwa tygodnie wynajmu FORD ESCORT (combi) wstepnie zaplaciclimy 380 $. Mielismy jednak limit 2000 mil, ktory lekko przekroczylismy, co dalo w sumie ok 450$, za 2 tygodnie wynajmu oraz dystans 2500 mil. Marek zostal (fikcyjnym) pierwszym kierowca [za co jestesmy mu dozgonnie wdzieczni], ja drugim a Agnieszka trzecim. Kalifornia otworzyla sie teraz przed nami szeroko, w kazdej chwili moglismy ruszyc ale wstrzymalismy sie jeszcze 2 dni.

20 Czerwiec, YORBA LINDA AND JOHN WAYNE AIRPORT

Kilka dni przed wyjazdem na wakacje nasz znajomy ksiadz Janusz (kolega z XIV liceum, ktory pozniej dal nam slub na Sadybie), studiujacy obecni w Rzymie (wyslany tam przez Glempa! - dobrze miec takie plecy) napisal nam, ze zaluje ale pewnie nie przyjedzie do nas do Kanady bo nie bardzo mu po drodze ale bedzie w czasie wakacji zastepowal pewnego ksiedza (w polonijnym osrodku im Jana Pawla 2 - tego nie sprecyzowal) w Yorba Linda, niedaleko LA. Oslupielismy. Przeciez mielismy wlasnie tam jechac. Yorba Linda jest jakies 40 mil od Riverside. Coraz mniej zalowalem, ze Amerykanie zwlekali z naszymi wizami. Otwierala sie przed nami okazja bardzo milego spotkania, o ktorej wczesniej nie moglismy marzyc. I udalo sie! Nastepnego dnia po wynajeciu samochodu wybralismy sie do Yorba Linda aby dowiedziec sie o naszego znajomego. Na poczatku nic nie wskazywalo na to, ze bedziemy sie cieszyc. Osrodek znalezlismy dosyc szybko korzystajac ze wskazowek jednego z Polakow. Ale tam okazalo sie, ze jak na razie nie ma zadnego mlodego ksiedza a father Karp jest u dentysty i jak wroci to bedziemy mogli z nim porozmawiac.. Podobno zeby bolaly ojca Karpa jeszcze przez nastepny tydzien, pozniej polecial do Polski, wiec nie znam dalszej historii jego zebow. Ale do rzeczy, ojciec Karp wrocil na lunch zgodnie z tym co mowila mila starsza pani w kancelarii. Pogadalismy sobie o tym i owym po angielsku by w koncu przejsc na polski. Ojciec Karp nie mogl sie nadziwic ze w Polsce mozna sie nauczyc mowic po angielsku no i caly czas wmawial nam ze jestesmy o 10 lat mlodsi. Bardzo mily czlowiek. W koncu wygadal sie - Janusz przyjezdza dzis, tyle, ze trzeba poczekac do wieczora. Nie bylo watpliwosci - czekamy. Dostalismy lunch - niestety, nie udalo sie nam do konca przekonac wspoljedzacych, ze klopsiki nie sa wegetarianskie, i zmuszeni bylismy zjesc przynajmniej warzywa po wczesniejszym wyjeciu klopsow. Jak dla mnie byla to powazna proba zakonczona popijaniem przez nastepne 4 godziny Coca-coli, ktora przeciez rozpuszcza wszystko. Jakos to przezylismy. Ale do wieczora byl jeszcze szmat czasu, cos trzeba bylo robic. W Yorba Linda jest tylko biblioteka rodzinna Nixonow, ale wstep kosztuje 12$ od glowy wiec pocalowalismy klamke, posluchalismy troche tandentych dzwonow na zewnatrz i poszlismy poszwedac sie po okolicy. Przed wieczorem trafilismy do "Chucky Chesse", gdzie do konca zabilismy smak klopsikow (a moze pulpetow) porzadna pizza. Siec "Chucky Chesse" jest miejscem przede wszystkim dla dzieci. Wraz z zamowieniem dostaje sie zetony do gry na miejscowym sprzecie. Znowu poczulismy sie jak za dawnych lat. Okazalo sie, ze mistrzem kierownicy nie jestem, dlugo mi zajelo ruszenie z miejsca na tamtejszym automacie do gry. Zrobilo mi sie glupio, ze taka ciamajda jak ja jezdzi po drogach Kalifornii. Ale nastepna gra poprawila mi humor. Dostawalo sie do reki duzy mlotek i walilo sie nim po glowach "gofrow" wyskakujacych z roznych dziur w automacie. To bylo cwiczenie relaksujace, zastanawialem sie czy jeszcze czegos nie zamowic, chyba odnalazlem swoja druga "ciemna" strone w "Chucky Chesse"...

Nadchodzil wieczor. Ojciec Karp zabral nas swoim Lincolnem na lotnisko - John Wayne Airport. Na srodku lotniska stoi John z brazu w postawie jakiej widzialy go miliony na ekranach kin (zaraz wyciagnie pistolet z kabury), w pelnym wyposarzeniu kowboja. Samolot ze znajomym wlasnie wyladowal. Okazalo sie, ze dobrze sie zlozylo, ze tam bylismy, poniewaz Janusz i ojciec Karp nie znali sie. Nie wiem co przezyl Janusz jak nas zobaczyl ale chyba wydawalo mu sie, ze jeszcze sni, dla niego byla to przeciez 4 nad ranem (czas rzymski). On zupelnie sie nas nie spodziewal, nie wiedzial przeciez ze bedziemy w Kalifornii. Przegadalismy wspolnie 2-3 godziny (Janusz tak sie przejal rozmowa, ze zjadl karteczke z przepowiednia, ukryta w chinskim "fortune cookie") no i trzeba bylo wracac do Riverside. Do Janusza wpadlismy jeszcze tydzien pozniej.

22-29 Czerwiec RAJD: RIVERSIDE - LAS VEGAS - GRAND CANYON - PAINTED DESSERT - BRYCE CANYON - LAS VEGAS - YOSEMITE - SAN FRANCISCO - BIG SUR - EL CAPITAN - YORBA LINDA

Dodatkowy jeden dzien poswiecilismy na kupienie prowiantu i spakowanie sie przed podroza. Zrobilismy prowizoryczny plan, bo nie lubimy usztywniac sie podczas podrozy. Jest wtedy za duzo nerwow, zwlaszcza jak cos nie wyjdzie. W czwartek rano wyjechalismy do Las Vegas. Samochod spisywal sie znakomicie podczas calej podrozy. Okazalo sie ze pali bardzo nieduzo, a w Stanach benzyna jest tania - srednio ok 1,25 $ za galon, czyli na nasze jakies .7 zl za litr [lato 95]. Do Vegas jedzie sie okolo 3-4 godziny. Po drodze jest pustynia, wypelniona drzewkami Jozuego (Joshua Tree) - to jest pewna odmiana yucca, czyli po naszemu jukki. Ja bym powiedzial ze to jest cos pomiedzy palma i kaktusem. Juz po wjezdzie na autostrade (ktorych w Kaliforni co niemiara) zaraz za Riverside pojawily sie pierwsze reklamy kasyn i hoteli w Vegas. Towarzyszyly nam uparcie przez nastepne 200 mil. Granice pomiedzy wszystkimi stanami w USA sa w zasadzie niezauwazalne. Wyjatek stanowi Nevada (Silver State), stan, w ktorym hazard jest dozwolony. Tak wiec na granicy Nevady i sasiadujacych stanow znajduje sie przewazne duzy hotel i co najmniej jedno kasyno do gry. Ceny w hotelach sa raczej niskie w porownaniu z innymi miejscami w Stanach. My jednak nie dalismy sie skusic juz na granicy i nie zwalniajac ruszylismy dalej prosto do Vegas. Las Vegas znajduje sie na srodku pustyni, otoczonej do okola gorami. Prez srodek Vegas biegnie autostrada, ktora jest prawie rownolegla do glownej osi miasta - Las Vegas Boulvard. Nasz pobyt w miescie hazardu rozpoczelismy od poszukiwania noclegu. W pierwszym motelu zaproponowali nam pokoj za 36 dolarow, ale nas to nie urzadzalo, przeciez bylismy w Vegas, gdzie noclegi powinny byc tanie jak barszcz. Mielismy jakis prospekt z nizszymi cenami. Znalezlismy w nim motel "King 8" z noclegiem za 18 dolarow: 2 lozka, prysznic, telefon, TV, klimatyzacja, basen i oczywiscie lokalne kasyno. Nie bylo watpliwosci, zostajemy. Polozenie motelu tez nie bylo zle. Bylimy jakies 500 m od hotelu w ktorym byl STOC 3 tygodnie wczesniej. Ja bym nazwal to miejsce nowa dzielnica Vegas. Do downtown bylo pewnie z 5 mil. Konferencja STOC byla organizowana w Tropicanie, przy ktorej stoja jeszcze trzy inne ogromne hotele: Exelsior - w ksztalcie sredniowiecznego zamku. Kolory i ksztalty ma jednak bardziej Disneyowskie niz sredniowieczne. Wieczorem podswietlony wyraznie kojarzy sie z Disneylandem. Wyglada na to, ze biznes w Vegas nastawiony jest coraz bardziej rodzinnie, jest duzo miejsc gdzie dzieci moga spedzac chwile w ktorych rodzice poswiecaja sie hazardowi. Kasyno w Exelsiorze podobalo mi sie najbardziej, chyba ze wzgledu na to, ze tam najwolniej przepuszczalo sie gotowke. Kasyno jako takie ma swoj swoisty klimat. To rzeczywiscie trzeba przezyc. Stoi 500 automatow a moze 1000! Dzwonienie automatow i stukot wypadajacych monet, ktore ciagle ktos wygrywa - hipnotyzuja. Wpada sie w jakis trans, tak ze lepiej nie chodzic z wieksza gotowka w takie miejsce. Poniewaz postanowilismy powaznie ograniczyc nasze wydatki w kasynie, nie zabawilismy tam zbyt dlugo. Obok stoi hotel Luxor i jest on w ksztalcie piramidy. Pokryty jest szklem za ktorym schowane sa pokoje goscinne. Wnetrze piramidy jest puste, tzn jest tam ogromna hala zajeta na dole w duzej czesci przez kasyno, ale sa rowniez inne atrakcje, w tym restauracje i bodajrze jakies kino. Na okolo (ale wewnatrz) piramidy plynie "Nil" po ktorym sa wycieczki wiklinowa lodzia. Nie zabralismy sie na rejs, ale przysluchalismy sie chwilowo o czym mowi przewodniczka. Wlasnie opowiadala o palmach jakie rosly wokol Nilu. Zapytala sie, kto wierzy w to, ze palmy sa prawdziwe? Byli tacy co wierzyli. Na pytanie czy palmy sa sztuczne tez odpowiedzialo pare osob. Ale okazalo sie, ze jest jeszcze inna mozliwosc. Nastepne pytanie bylo, a kogo to wogole nic nie obchodzi - zbior podniesionych rak nie byl pusty... Na zewnatrz piramidy stoi, a wlasciwie siedzi Sfinks otoczony fontannami, i tez czyms w rodzaju rzeki, dodatkowo na okolo mnostwo palm, to robi wrazenie, zwlaszcza ze z nieba leje sie zar, bo to przeciez pustynia. Wieczorem nie robi sie specjalnie chlodniej, miasto jest nagrzane, a najbardziej asfalt, ktory jest tu wszechobecny. Wybieramy sie na przejazdzke samochodzem do downtown. Po drodze stoimy w korku i ogladamy kolejne hotele z atrakcjami: Czarnoksieznik z Krainy OZ, Wyspa Sakrbow, Alladyn, Ogrod Cezara itd, itd. Potem pomiedzy nowa dzielnica a srodmiesciem jest troche przerwy, tzn jest zdecydowanie mniej swiecacych neonow. To jest dzielnica z mnostwem kaplic roznorakich wyznan, gdzie mozna tanio i szybko wziac slub albo rozwod. Jedziemy dalej. Szukam neonu w ksztakcie kowboja machajacego reka. Jak dla mnie to najbardziej znany neon w Las Vegas, chocby z czolowki filmu "Crime Story". Okazuje sie, ze w miescie jest troche wykopow i nie wszedzie mozna wjechac samochodem. Ale po kilkunastominutowym krazeniu jest kowboj, ale nie rusza reka, machamy do niego i powoli wycofujemy sie do nowej dzielnicy. Na kolacje idziemy do Taco Bella, w ktorym daja burrita z fasola. Pozniej, czesto bedziemy zagladac do Taco Bella, wiec fasola szybko zaczyna wychodzic nam uszami, ale nie ma wyboru. To wlasciwie jedyny fastfood, z ktorego mozemy korzystac, poza pizzeriami, ktore lubie najbardziej. Wiezczorem w motelu ogladamy TV. Jest juz trzeci mecz finalowy Pucharu Stanleya. Devils z New Jersey prowadza z Detroit Red Wings 2:0 w meczach i bodajrze 6:1 w trzecim meczu. To jest duza niespodzianka, bo faworytem byli hokeisci z Detroit. Pozniej dowiedzialem sie ze diably z New Jersey wygraly 4:0 w meczach i zdobyly puchar. Wielka radosc w New Jersey, a smutek w Detroit.

23 Piatek

Wstajemy wczesnie rano i przed 7 opuszczamy hotel. Spieszymy sie bo mamy kawal drogi przed soba - kierunek Grand Canyon. Recepcjonista w hotelu daje nam ostanie wskazowki. Mowi ze daleko ok 6h, i droga pelna gliniarzy, ostrzega zeby nie przesadzac z szybkoscia. Do granicy z Arizona dojezdzamy po jakiejs godzinie. tam przejezdza sie po tamie Hoovera zbudowanej na rzece Kolorado. Zaczynaja sie ladniejsze gory. Na drodze co pare metrow ostrzezenia i sugestie spokojnej jazdy, bardziej te teksty stresuja niz sama droga. Szybko wyjezdzamy na plaskowyz, ktory bedzie towarzyszyl nam juz do samego Grand Canyon. To jest dziwne uczucie, bo nic do konca nie wskazuje, ze jest sie juz tak blisko tej wielkiej dziury. Tuz przed samym kanionem nie ma zadnych gor, troche trawy, troche lasu. Zatrzymujemy sie na campingu przed wjazdem do Parku Narodowego. Za noc na campingu placimy 15 $. Jest przysznic gdzie placi sie 25 c za 2 minuty, jak dla nas OK. Niestety obok campingu jest ladowisko helikopterow, wiec w ciagu dnia nie da sie na nim wytrzymac. Ale nie ma takiej potrzeby. Zjadamy cos w biegu; jest godzina 3 pm, i jedziemy do Grand Canyon. Wstep do Parku kosztuje 10 $ (samochod) ale bilet wazny jest przez tydzien. Korzystamy z niego rowniez dzien pozniej. Zatrzymujemy sie na pierwszym postoju w parku nie podejrzewajac, ze jestesmy juz tak blisko. Agnieszka poleciala pierwsza i zaraz krzyczy jest, jest. Zamykam samochod i biegne za nia, pare metrow od samochodu zaczyna sie ogromna dziura w ziemi:

GRAND CANYON

To jest pieklo na ziemi! Ogromna dziura, ja mialem o niej wczesniej zupelnie inne wyobrazenie. To przerasta nasz oczekiwania. Probuje zrobic zdjecia, ale nie ma sposobu na objecie calej przestrzeni. Marzy nam sie kamera, mozna byc stac tu pol dnia i krecic z tego samego miejsca. Szukamy na dole rzeki, niesty z tego punktu jej nie widac, ginie gdzies na dole w glepi za kolejnymi progami skalnymi. Niesamowita kolorystyka zmieszana z goracym powietrzem. Wyrazne widac, ze wszystkich zatyka. Przez chwile nie patrzymy w dol, karmimy nastepna wiewiorke. W koncu doczytujemy sie ze jest jakis szlak prowadzacy na dol. Podjezdzamy tam samochodem. Niestety jest juz 4 po poludniu. Schodzimy w dol przez 40 minut, rozgladajac sie na okolo, waska sciezka nad przepascia. Nadal wielkosc kanionu i wszelakosc skal i kolorow przygniata nas. Mijamy caly czas zasapanych turystow idacych z dolu, widac ze wiekszosc z nich nie chodzi na codzien po gorach. Najczesciej slychac oprocz angielskiego jezyk japonski i niemiecki. Juz rzadziej wloski i francuski. Zadnych Polakow nie napotykamy. Zatrzymujemy sie gdy kolor podloza zmienia sie z zoltego w rudawo-pomaranczowy, nie udaje mi sie namowic Agnieszki na wiecej. Znowu karmimy wiewiorke, a moze tym razem pieska preriowego, ktory najpierw pokazuje nam jak duzo potrafi schowac do swoich woreczkow za jednym zamachem. Gdy konczymy go czestowac siada na kamieniu dalej i powoli wydlubujac zapasy zjada orzech po orzechu. Robimy kolejne zdjecie i wchodzimy do gory. Droga nie jest ciezka ale jest goraco i duszno. Mija nas pewna kobieta, ktorej kondycja jestesmy zauroczeni. Ubrana jak przecietna turystka wchodzila szybkim krokiem pod gore bez sladu zmeczenia na twarzy. Agnieszka sklada zobowiazanie, ze jeszcze bardziej popracuje nad swoja kondycja po powrocie do Kanady i pozniej - ja nie oponuje. Spedzamy jeszcze pare chwil na krawedzi kanionu. Wchodzimy do sklepu i szybko orientujemy sie ze mozemy tam przepuscic majatek (tak nas przytkal Grand Canyon). Ale nie mozemy oprzec sie pokusie. Agnieszka kupuje poster ja kasete z elektroniczna muzyka z motywami Indianskimi z tego rejonu. Dzien pozniej kupujemy w innym sklepie koszulke z motywami nasciennych rysunkow. Zaczyna zmierzchac, wracamy na camping obiecujac sobie, ze jeszcze jutro posiedzimy na kanionem. Helikoptery przestaja latac o 8 pm, tak nam sie przynajmniej wydawalo. Dopiero pozniej Agnieszka przeczytala, ze w Arizonie i Utah jest czas przesuniety o godzine wzgledem Kaliforni i Newady. Bedac tam, zylismy z czasem znad Pacyfiku.

24 Sobota

Wstajemy rano razem z helikopterami (oops kurami - chodzimi rowniez z nimi spac), sniadanie, prysznic i jedziemy dalej. Przejezdzamy wzdluz parku osiagajac jego wschodni kraniec - Dessert View. Rzeczywiscie widac stamtad pustynie, a w niej dziure kanionu Kolorado i jeszcze jakiegos doplywu. Z tego punktu widac juz rzeke, chyba jest na tym odcinku dosc bystra, patrzymy przez lunety na quarter-sy. Golym okiem widac niewiele. Szkoda nam ruszac ale robi sie coraz gorecej co popycha nas do samochodu - na szczescie klimatyzowanego. Jedziemy w kierunku pustyni, po drodze mijamy jeszcze inne dziury w ziemi, ale nie robia na nas juz takiego wrazenia, nic nie moze przycmic Grand Canyon-u, tak sie nam przynajmniej na razie wydaje. Rozpoczynaja sie rezerwaty indianskie, co chwile mozna sie zatrzymac i kupic na straganie bizuterie indianska. Agnieszka sie specjalnie nie pali wiec ja nie naciskam - jedziemy dalej. Wjezdzamy w okolice Painted Dessert. Znowu jestesmy zauroczeni kolorami, nie miesci nam sie w glowach, ze tyle kolorow moze byc w jednym miejscu. Rozne skaly, ksztalty, barwy przeplataja sie na wzajem. Najbardziej mi sie podobaja biale pagorkiz brazowaymi czubkami, z ktorych obsypuje sie brazowy piasek. Kojarza mi sie z lodami waniliowymi oblanymi czekolada - chyba powoli daje nam w kosc goraco. Niestety okazuje sie, ze przeoczamy wjazd do Parku Painted Dessert, gdzie mozna zobaczyc skamienialy las, szkoda - bylismy tak blisko. Powoli pustynia zaczyna sie zmieniac w gory - zblizamy sie ponownie do rzeki Kolorado. Mijamy miejscowosc Page (nastepne burrito w Taco Bell) i przejezdzamy tame na rzece. Niedaleko widac bardzo ladny zalew na Kolorado. Az sie chce zostac, ale decydujemy, ze jedziemy dalej. Zegnamy sie z Arizona (Grand Canyon State) i wjezdzamy do Utah (Beehive State). Wita nas znowu pustynia ale powoli krajobraz sie zmienia. Musi byc coraz wyzej, bo pojawiaja sie drzewa, las, pozniej zielona trawa, strumyki farmy. Robi mi sie jakos rzewniej na sercu. Po kilku dniach pustyni trafiamy do miejsca, ktore przypomina nam Polske. Moze to troche nostalgia, ale bardzo mi sie podoba Utah.

Kierujemy sie na polnoc do Bryce Canyon. Mijamy po drodze wszelakie atrakcje do ktorych odwoluja sie co chwila reklamy i drogowskazy. Mozna by tu spedzic cale wakacje. Staramy sie o tym myslec jak najmniej, w duchu mowie sobie, ze moze jeszcze kiedys tu wrocimy, bardzobym chcial, bo jest do czego. O 7 pm jestesmy w Bryce Canyon National Park, za wjazd placimy 5 $, na campingu noc kosztuje 7 $, to jest 2 razy mniej niz w Grand Canyon. Rozstawiamy namiot i biegniemy nad kanion. To co widzimy jest w calkowitym kontrascie do Grand Canyon. Bryce Canyon jest niewielki ale za to bardzo misterny. Nie wiedzialem jeszcze tak bogato rzezbionego przez nature terenu. Ten widok nas nie przytlacza ale przyciaga. Zbliza sie zachod slonca wiec glina z jakiej zrobiny jest kanion nabiera dodatkowych kolorow czerwieni. Robimy wstepne zdjecia, ale jest juz troche za ciemno jak na nasz aparat, wiec z reszta zdjec wstrzymujemy sie do nastepnego dnia. W tym kanionie panuje tajemniczy mily spokuj. Moze mam takie wrazenie, poniewaz mnie nie przytlacza. Mozna go ogarnac wzrokiem, przyjrzec sie szczegolom, dotknac to co w nim jest. Nie mniej ciagle w glowie kolacze nam sie Grand Canyon z jego otchlania. Wracamy na camping.

25 Niedziela

Znowu wstajemy prawie ze wchodem slonca. Agnieszka po wyjsciu z namiotu napotyka sarny, ktore spokojnie spaceruja po campingu. Prysznica nie ma, wiec musimy podjechac pod sam kanion,gdzie jest odpowiednie zaplecze. Tym razem trzeba miec wiecej .25-tek, mozna je dostac w pobliskim sklepie. Jest 7.30 a sklep jest otwarty od 8 - drzwi sa jednak uchylone (juz wtedy powinienem byl sie domyslic, ze tu jest inny czas). Odswiezeni biegniemy nad kanion i wybieramy jeden ze szlakow prowadzacych w dol dolinki. Kolor ziemi jest pomaranczowo zolty. Czuje sie jakbym byl w starozytnym miescie - moze Babilonii, albo moze w starym indianskim Pueblo. Mijamy wiele "postaci" zastygnietych w bezruchu. Tu nareszcie mozemy robic zdjecia, poniewa wiekszosc atrakcji miesci sie nam w obiektywie. Dochodzimy do "Ogrodow Krolowej Wiktorii". Krolowa wyglada jak z "Alicji w Krainie Czarow" - to komentarz Agnieszki. W tym miejscu nie ma zbyt duzo ludzi. Ci najchetniej siadaja w cieniu, wykorzystuja kazda nadarzajaca sie chwile zeby troche ostygnac. My kierujemy sie w strone "Wall Street". I rzeczywiscie juz niedlugo wchodzimy w waski korytarz otoczony wysokimi murami drapaczy chmur. Aparat uparcie blyska fleszem wiec nie mozemy liczyc, ze zdjecia z "Wall Street" beda pierwszej jakosci. Zostawiamy korytarz za soba i wspinamy sie do gory. Przed nami waz ludzi przemieszcza sie ku szczytowi kanionu. Skonczyl nam sie film, wiec musze zrobic dodatkowa rundke do sklepu, co zajmuje mi nastepne 40 minut. Na koniec robimy z gory pare ujec. Wszystko swieci juz w sloncu, jest bardzo jasno i goraco - dochodzi poludnie. Machamy Bryce'owi na do widzenia i jedziemy na zachod - spowrotem do Vegas.

Droge skracamy sobie wjezdzajac w gory. Jestesmy na przeleczy na ponad 3tys metrow. Do okola lezy jeszcze snieg. Pod nami widac Park Narodowy Zyon. Tym razem odpuscilismy juz sobie zwiedzanie tego milego zakatka i zaczynamy zjezdzac w dol szybko tracac wysokosc. Wlasciwie caly czas moznaby robic zdjecia, ale jakos w swietle obu kanionow wszystko wydaje sie jakies bledsze i mniej interesujace. Do konca dnia towarzyszy nam juz autostrada, ktora dojezdzamy do Vegas. Jednak nie zostajemy w miescie tylko uciekamy do pobliskiego Parku Stanowego gdzie spedzamy noc w gorach, znow otoczeni sniegiem. Opiekunka campingu twierdzi, ze jej ziec ma polskie nazwisko - niestety nie potrafi go wymowic. Tym razem noc jest ciepla.

26 Poniedzialek

Przed nami Death Valley. Wstajemy ze sloncem zeby dojechac tam jak najwczesniej, mamy nadzieje, ze uda nam sie uniknac najgorszego upalu. Dojazd do Death Valley od strony Nevady jest bardzo latwy. tak wiec bez wiekszych klopotow jestesmy ok 10 am na jej zachodnim brzegu. Wbrew nazwie jest jakas roslinnosc w dolinie. Na samym dole wita nas muzeum otoczone bujna roslinnoscia, przypomina nam to oaze. Oprocz muzeum w Death Valley sa rowniez prywatne posiadlosci, i to imponujace. Jest jeszcze przed poludniem a nas zatyka z goraca. W klimatyzowanej czesci muzeum mily chlod, ale na zewnatrz ponad 40 C ciepla. Ogladam wskazniki termometrow z innych czesci doliny. W najnizszym punkcie (calej zachodniej polkuli) "Bad Water" -87 m, panuje upal 49,5 C (124 F) wlasnie tam sie wybieramy. Nie wiem czy by nas bylo stac na ten wyczyn bez klimatyzacji w samochodzie. Po drodze zahaczamy o "Devils Golf" gdzie otacza nas zryta, wyschnieta glina oblebiona prawie czysta sola. Robimy zdjecie i zabieramy ze soba troche soli do pudelka od TicTac-ow, ktore wlasnie nam sie konczyly. Teraz jedziemy juz bezposrednio do "Bad Water". Jest jeszcze cieplej. Jeszcze wiecej czystej soli i jakies kaluze wody. Agnieszka wyczytuje, ze w tych kaluzach zyja rosliny, az sie nie chce wierzyc, ale rzeczywiscie widzimy cos szarozielonego, lekko burego w wodzie. To musi byc to. Jest poludnie wiec jest pewnie cieplej niz 50 C co nas zniecheca do spaceru po dnie jeziora. Paru ludzi podejmuje to wyzwanie, my wsiadamy do samochodu i wracamy w kierunku muzeum. Po drodze zjezdzamy na "Artist's Drive", ktora prowadzi nas kretymi sciezkami po roznokolorowych szlakach wyzszej czesci doliny. Prawie nie wysiadamy z samochodu wiec czujemy sie bezpiecznie. Po drodze robimy zdjecie "pieczarki", nieduzego odlamu wulkanicznego w ksztalcie dobrze znanego nam grzyba. Glowna atrakcja dla Agnieszki mialo byc wyschniete pole, na ktorym sa wedrujace kamienie. Na zdjeciach wyglada to rzeczywiscie jak z serialu X-files (o UFO i innych niewyjasnionych zjawiskach). Wytlumaczenie jakie znalezlismy okazalo sie bardziej prozaiczne niz nasze rozne przypuszczenia. W zimie pole zamienia sie po deszczach w istne bloto. Dodatkowo obszar ten nawiedzaja ta pora silne wiatry, ktore sa w stanie przesunac o pare centymetrow rocznie tajemnicze kamienie. Na wiosne wszystko wysycha i nastepne pare centymetrow korytarza zastyga powiekszajac mistycznosc owego miejsca. Niestety dowiadujemy sie, ze do poruszajacych sie kamieni jest bardzo trudny dojazd wymagajacy samochodu terenowego. Musimy zrezygnowac w obawie przed zamordowaniem naszego (nienaszego) Escorta. Pocieszamy sie wyprawa do wydm piaskowych, ktore leza niemalze po drodze wyjazdu z Death Valley w kierunku Lone Pine. Przy wydmach gorac jest najwiekszy. Jestesmy juz troche zmeczeni i glodni. Teraz marzymy juz wylacznie o jak najszybszej ucieczce z Death Valley. Z tej strony wyjazd jest trudniejszy, trzeba sie przebic przez wysokie gory. Na drodze co chwila zjazdy z biezaca woda do samochodow, w ktorych zagrzal sie silnik. Caly czas patrze na wskaznik w naszym Fordzie. W polowie drogi do gory wskaznik drgnal i zaczal przesuwac sie w kierunku czerwonego paska. Nie chcieslismy ryzykowac. Wylaczylismy klimatyzacje i otworzylismy okna. Na szczescie na tej wysokosci bylo juz troche chlodniej, wiec moglismy spokojnie wytrzymac nastepne kilka mil podjazdu. Po wylaczeniu klimatyzacji wskaznik temperatury silnika szybko wrocil na bezpieczna pozycje a my odetchnelismy z ulga. Death Valley bylo za nami.

Teraz juz tylko dlugi zjazd i jestesmy ponownie w Lone Pine. Burczy nam w brzuchach - czas na lunch. Podjezdzamy do miejscowej pizzerii. Pizza jest duza co mnie w pelni zadowala. Troche narzekamy na jej zawartosc. Pieczarki sa surowe - moznaby je wczesniej lekko poddusic [patrz przepis na koncu tekstu]. Najedzeni i zadowoleni, ze udalo sie uniknac kolejnego burrita z fasola, kierujemy sie na polnoc - Yosemite. Po drodze zaczynaja sie pojawiac informacje o zamknietych drogach. Nasz niepokoj rosnie - i slusznie. Okazuje sie ze przejazd przez Park Yosemite jest zamkniety ze wzgledu na zbyt duza ilosc sniegu. Na "pocieszenie" dowiadujemy sie, ze jestesmy za wczesnie o 1 tydzien. I rzeczywiscie tydzien pozniej obejrzelismy w TV pierwszy dzien otwarcia parku - klebiacy sie tlum ludzi i samochodow - long weekend, Independence Day, 4th of July. Na jednym z campingow spotykamy Szwajcarke, ktora mowi po francusku. Przy wjezdzie napisala, ze mowi po francusku (Parle Francais - chyba tak sie to pisze). Opowiedziala nam jak to kiedys pewni Amerykanie chcieli rozmawiac z Parle Francais, nie wierzac jej, ze jest gospodynia campingu. Szwajcarka (miala kiedys chlopaka Polaka - Zbyszka, jeszcze w Europie) jest bardzo mila, na tyle, ze wskazuje nam lepsze (z prysznicem) miejsce na nocleg niz jej camping. Korzystajac z jej wskazowek trafiamy do Lee Ving gdzie inna mila pani w cenie 2 przysznicow (6$) pozwala nam sie rozbic na noc namiotem. Klucze od toalety i przysznica dostajemy na cala noc - istna rozpusta. Robimy zakupy - w tym rowniez 2 butelki niemieckiego piwa "Beck". Zasypiajac podejmujemy decyzje, ze nie bedziemy objezdzac na okolo Parku Yosemite (tracac wodospady). Pojedziemy do San Francisco.

27 Wtorek

Ruszamy wczesnie, nasza mila gospodyni jeszcze spi, wiec wieszam jej klucze (wraz z podziekowaniami) na drzwiach biura. Tym razem mamy szczescie, droga do Frisco jest przejezdna. Wspinamy sie do gory przebijajac sie ostatni raz przez gory. Po drodze mijamy grupki amerykanskich zolnierzy. Miec sluzbe w takim miejscu - szkoda mi troche naszych chlopcow. Znowu robimy zdjecia, urzeka nas piekno gor. Bardziej nam przypominaja Europe niz to co widzielismy do tej pory. Agnieszka zbiera szyszki. Po wjechaniu na przelecz okazuje sie, ze gdyby nie odgarnieto z drogi sniegu, to bylo by go tam ze trzy metry. Teraz juz tylko z gorki, ale zatrzymujemy sie co jakis czas zrobic fotke. Po drodze widzimy szalencow - o przepraszam, narciarzy. Nie miesci mi sie w glowie, ze w tym miejscu mozna zjezdzac na deskach. Teraz czujemy, ze jestesmy coraz nizej, bo robi sie gorecej. Mam wrazenie, ze las ciagnie sie w nieskonczonosc. Agnieszka uswiadamia mnie, ze wyjezdzamy z gor i zjezdzamy do morza, wiec to musi troche potrwac. Lunch - niestety w Taco Bell, troche nam sie spieszy, nie chcemy byc w SF zbyt pozno. Przez ostatni kawalek drogi przed San Farncisco towarzysza nam tysiace wiatrakow o roznych ksztaltach, najczesciej smigiel 1 lub 2 lopatkowych. Musi niezle wiac w tym miejscu, czuc ze zblizamy sie do oceanu. Do zatoki podjezdzamy od strony Berkeley. Do San Franscisco dostajemy sie przez Bay Bridge. Placimy 1 dolara za przejazd. Wjezdzamy do srodmiescia. Mamy strasznie nedzny plan miasta, jaki umieszczony jest w atlasie samochodowym Ameryki Polnocnej. Ale dajemy sobie jakos rade, bo szybko zblizamy sie do brzegu zatoki. Trzymajac sie brzegu kierujemy sie do Golden Gate.

Przyznam sie, ze nie bardzo wiem dlaczego akurat Golden Gate. Sam most jest przeciez bardziej czerwony niz zloty. Na swoja potrzebe wymyslilem, ze skoro Kalifornia jest Golden State, to moze dlatego jedyne wejscie do zatoki z Oceanu nazwane jest Golden Gate. Ale nie dam za maje domysly nawet palca, a tym bardziej glowy. Uderza nas nagla zmiana pogody. W downtown sliczne slonce, a pod Golden Gate chmury i zimno.Przechodzimy pod mostem w kierunku Oceanu. Nisko wiszace chmury, tak ze prawie nic nie widac. Miny nam zrzedly, mielismy przeciez plany spedzic pare dni nad oceanem. A tu widac, ze z kapiela moze byc duzy klopot. Przy moscie robimy kika zdjec spod roznych katow. Ten most bedzie dla nas jedyna powazna atrakcja w San Francisco. Teraz zrozumielismy z Agnieszka, ze nie jestesmy najlepiej przygotowani do wizyty miasta. W informacji turystycznej przy Golden Gate patrzymy co mozna jeszcze zobaczyc. Nie ma tego za wiele. Zastanawiamy sie czy nie podjechac do China Town, ale w koncu rezygnujemy. Podjezdzamy do pobliskiego muzeum nad sadzawka, pozniej robimy spacer po portowym wybrzezu [Fisherman's Warf]. Jest zimno i ciagnie nas na zewnatrz miasta. Robimy ostatnie zdjecia i ruszamy w droge. Wjezdzamy w ulice San Francisco. Zaczyna sie hustawka ostrych podjazdow i zjazdow. Teraz ciesze sie, ze mamy samochod z automatyczna skrzynia biegow. Nie mam wiekszych problemow z ruszaniem pod gore. Troche gorzej z jazda w dol, ciarki przechodza mnie po plecach. Jak wszedzie w Ameryce pelno skrzyzowan ze znakami STOPu, na ktorych trzeba sie bezwarunkowo zatrzymac. Jednak bez wiekszych problemow opuszczamy miasto i ruszamy w kierunku jedynki (nr drogi prowadzacej wzdluz Pacyfiku). Tuz za miastem przekraczamy "bezplatny" limit 2000 mil jaki dostalismy w Fordzie. Juz wiemy, ze przejedziemy o jakies 500 mil wiecej. Niestety dojazd do jedynki jest zamkniety, chyba nie z powodu sniegu? Wysiadamy na chwile z samochodu. Agnieszka zaciaga nas na plaze. Chmury klebia sie probujac wepchnac sie na lad. Nie zapowiada to ladnej pogody w najblizszym czasie. Musimy sie troche wrocic, robi sie coraz pozniej, a my nie wiemy jeszcze gdzie bedziemy nocowac. Podczas objazdu panuje sloneczna pogoda, ciagle mamy nadzieje, ze dalej na poludnie slonce jest rowniez nad oceanem. Nasze zludzenia koncza sie jak dojezdzamy do oceanu 60 mil na poludnie Tu chmury sa jeszcze nizsze i zanosi sie na deszcz. Szczeki nam opadaja. A mialo byc tak pieknie... Nalezaloby zaczac szukac campingu, a nas ciagnie dalej na poludnie. Trasa polozona jest nad samym oceanem. Jest dosyc kreta i widoki podobno sa niesamowite. My przez wiekszosc trasy widzimy szarosc, ktora nas otacza z kazdej strony. Ocean widzimy tylko na nizszych odcinkach. Ocean jest zachmurzony ale niezwykle spokojny - zgodnie ze swoja nazwa. Mijamy nastepne 40-50 mil, troche w chmurach, troche pod chmurami. Zaczyna robic sie ciemno. Postanawiamy zatrzymac sie na pierwszym campingu. Dojezdzamy do Big Sur. Jest jakis camping, nawet nie drogi, ale od samochodu trzeba dojsc z kilometr droga. Nie podoba nam sie, nie ma przysznica a toalety nie maja bierzacej wody. Podobno kawalek dalej jest lepszy camping. I rzeczywiscie jest. 22 $ za dobe - znowu marudzimy ale jest juz prawie ciemno a jest prysznic, pod ktorym mozna siedziec dowolnie dlugo. Zostajemy. Sam camping jest bardzo maly. Umieszczony jest w jarze otoczonym starymi redwood-ami. Mnostwo ludzi zebranych jest na bardzo malym skrawku ziemi. Kojarzy mi sie to z kosmiczna wioska. Moze za duzo puszczaja tu w Ameryce takich filmow (Startrek, Babilon, Earth II etc).

28 Sroda

Wstajemy troche pozniej. Przed nami krotsza droga wiec nie musimy sie spieszyc. Po przejechaniu kilkunastu mil zjezdzamy na parking (oni to nazywaja Picnic Ground) przy oceanie. Pogoda podobna do wczorajszej, moze troche jasniej. Jest nawet plaza, ale zamiast piasku sa male kamyczki. Obok nieco wieksze glazy, na ktorych spedzamy nastepna, mila godzine. Ocean szumi bardzo przyjemnie i uspakajajaco. Ze szpar wiedzy kamieniami wychodza kraby. Sa male ale jest ich bardzo duzo. Boja sie jak sie ruszamy. Gdy zastygamy w bezruchu chetnie wychodza z ukrycia. Maja prawie okragly korpus z przyklejonymi z przodu oczkami. Sprawiaja wrazenie bardzo sympatycznych stworzonek. Obok nas duzo wyrzuconych przez ocean wodorostow. Jedne przypominaja nam potrawe jaka czestowali nas znajomi Chinczycy w Hull. To bylo cos w rodzaju makaronu z wodorostow - mniam, mniam. Inne wodorosty maja banki wypelnione powietrzem. Bierzemy sobie na pamiatke po kawalku kazdego. Spotykamy jeszcze turystke z recznikiem i ruszamy w dalsza droge. Jedziemy na poludnie. Pogoda robi sie coraz lepsza. Przypominja nam sie prognozy pogody jakie ogladalismy przez caly rok na Weather Network. W San Francisco bylo przewaznie 10 stponi mniej niz w Los Angeles. To dodaje nam wiary w lepsza pogode. Szukamy campingu z plaza i piaskiem. Na pierwszym napotkanym nie ma juz miejsc, na drugim El Capitan (State Park), napis mowi to samo, ale po krotkiej rozmowie z dziewczyna z okienka, okazuje sie, ze na jedna noc mozemy zostac - swietnie. Stawiamy namiot - Agnieszka troche narzeka, ze za blisko autostrady. Ja ja przekonuje, ze w nocy bedziemy spac i nie przeszkodzi nam w tym zadna autostrada. Czuje, ze Agnieszka dala sie przekonac. Za chwile jednak przejezdza pociag - nawet siebie nie bylem juz w stanie przekonac, ze nie obuzilbym sie przy takim huku. Niepewni wrazen nocnych decydujemy sie zostac. Bierzemy reczniki i begniemy na plaze, wyszlo troche slonca i zrobilo sie cieplej. To byla nasza pierwsza kapiel w oceanie - znow czulem sie o pare lat mlodszy.

Kilka kilometrow wglab morza widac platformy wiertnicze. Nie wiedzialem wczesniej, ze w tych okolicach jest ropa naftowa. Wkrotce zdalismy sobie sprawe z konsekwencji roponosnosci terenu. Siedzac na plazy stwierdzilismy, ze nasze stopy pokryte sa kawalkami smoly. Proby pozbycia sie jej za pomoca piasku nie przyniosly rezultatu. Jedyna nadzieja pozostal sklep na terenie parku. Najlepszym okazal sie plyn do zapalniczek, pare minut szorowania i bylo po wszystkim. W sklepie dowiedzielismy sie, ze obecnosc ropy i smoly w oceanie nie jest powodowana przez platformy. Ropa i jej zwiazki sa juz w nim od tysiecy lat. Indianie uzywali jej np do zatykania nieszczelnosci w lodziach oraz w gospodarstwie domowym. Agnieszka wyczytala, ze jakas ryba glebinowa zamienia te czarna maz na cukier - czego ta matka natura nie wymysli. Bogatsi o nowe doswiadczenia zasypialismy patrzac na rozgwiezdzone niebo Ameryki (nota bene takie samo jak nasze). Pociagi i samochody nie zaklocily naszego snu.

29 Czerwiec - 2 Lipiec

Tego ranka pierwszy raz spalismy dluzej. Bylismy juz niedaleko Santa Barbara i czekalo nas conajwyzej 2 godziny jazdy do LA. Pogoda zrobila sie juz calkowicie kalifornijska, tak wiec bez przeszkod wjechalismy w przedmiescia LA o 1 pm. Agnieszka w kupionej poprzedniego dnia gazecie wyczytala, ze wlasnie aresztowano Hugh Granta i jakas prostytutke w jego samochodzie na Sunset Blvd. To byla nie lada gratka dla tamtejszych gazet. Postanowilismy przejechac sie Sunset Blvd, jest to przeciez glowna arteria Hollywood. Zjechalismy na Sunset Blvd w okolocy UCLA i przejezdzajac przez Bel Air wjechalismy do centrum Hollywood. Czulem sie troche spiety wiec nie stanelismy samochodem na dluzej. Agnieszka wyskoczyla na chwile z samochodu i zrobila zdjecie wzgorza ze znanym napisem. Godzine pozniej bylismy w Yorba Linda gdzie spedzilismy kika milych, calkowicie spokojnych dni w towarzystwie naszego znajomego i jego tymczasowej (wakacyjnej) parafii. Wydawalo nam sie, ze jestesmy w Polsce. Odswiezylismy nasze wspomienia. Janusz opowiadal duzo o Wloszech i ich problemach. Opowiedzial nam tez dowcip jaki krazy o ksiezach w Rzymie.

"Pewien ksiadz zlapal zlota rybke i ta (ja to zlota rybka) dala mu mozliwosc spelnienia dowolnych trzech zyczen. Ksiadz bez namyslu wykorzystal te szanse. Najpierw zazadal, zeby nie byc juz ksiedzem i zaraz ciach - sutanna spadla. Drugim zyczeniem bylo posiadanie u boku pieknej kobiety. I to zyczenie spelnilo sie gdy u boku bylego ksiedza pojawila sie Claudia Schiffer. Trzecim zyczeniem bylo: byc bogatym i nic nie robic. I jak na zawolanie - Claudia zniknela a na dawne miejsce wrocila sutanna"

Juz dawno tak czesto nie chodzilem do kosciola. W piatek, sobote i niedziele zaliczylem po jednej mszy swietej, w tym w niedziele po polsku. Po mszy polskiej spotkalem paru tamtejszych Polakow. Na wiesc, ze jestem z Polski pewien facet od reki chcial mnie zatrudnic u siebie na budowie - 7$ za godzine. Calkiem niezle jak za prace na czarno. Odmowilem polecajac Janusza - blysk nadzieji w oku goscia swiadczyl o tym, ze uwierzyl w te propozycje. Niezaleznie jednak znalazl zaraz innego czlowieka, wyraznie zainteresowanego ta oferta. Obok na malym straganie inny Polak sprzedawal polskie gazety. Agnieszka kupila "Twoj Styl" w prezencie dla Hani. Lezal tam rowniez tygodnik "Wprost", co juz troche poruszylo Janusza, prowokujac dyskusje ze sprzedawca. Gdy sie przysluchalem rozmowie czlowiek wlasnie sie tlumaczyl dlaczego nie sprowadza "Nie" - uwazal je troche za bardzo wulgarne jak na amerykanski standard. Dzien wczesniej bylismy na spacerze w pobliskim parku - Carbon Canyon. Widzielismy tam na wlasne oczy malego grzechotnika - takie sa podobno najgorsze. Byl juz niezywy, ktos lub cos strzaskalo mu kregoslup. Dalej sciezka w parku prowadzila przez zarosla, Agnieszka zarzadzila odwrot. Czas naszych wakacji zblizal sie ku koncowi. Wycalowalismy Janusza i wrocilismy do Riverside.

3-4 Lipiec POWROT DO DOMU

W poniedzialek rano pojechalismy na ostatnie zakupy do PriceClub-u w Moreno Valley, jeszcze naszym (nienaszym) samochodem. O 1 pm oddalismy samochod. Troche ciezko bylo sie z nim rozstac, moze kiedys kupimy takie cacko. Przy okazji Marek pokazal mi jakies samochody, chyba sportowe, z silnikami 5 i 6 litrowymi - woooow... Na pozegnanie Kaliforni Marek zabral nas nastepnego dnia do lasu. Nasza czujnosc wyraznie spadla bo Agnieszka wziela na te wyprawe sandalki. W Kaliforni jezdzi sie do lasu w gory! I teraz juz o tym nie zapomnimy. Pojechalismy do podnozy San Gorgonio, na ktory wchodzilismy z Markiem jesienia`93. Tym razem weszlismy nie wiele do gory zatrzymujac sie na godzinke nad milym strumykiem. Woda byla zimna jak lod, a Ula (przypomne ma 3 lata) spedzila w strumieniu pewnie polowe czasu! Po drodze mijalismy dwa razy cala eskadre biedronek. Podobno sa tam przez caly czas, cos je tam trzyma. Ostatni obiad zjedlismy po drodze w meksykanskiej restauracji (hinduska byla zamknieta). Marek stawial. Zjadlem nareszcie prawdziwe meksykanskie burrito i duza salatke warzywna. Do popicia dostalismy Margarite - rodzaj mrozonego koktailu zrobionego na Tequili. Pozniej ostatni wieczor i blyskawiczna podroz NISSAN-em Marka na lotnisko w LA. Korkow nie bylo wiec podroz zajela ok 1 godziny. Jadac przygladalismy sie sztucznym ogniom puszczanym z okazji Independence Day. Na lotnisku byly juz od kilku dni zaostrzone przepisy bezpieczenstwa. Bardzo znany w Ameryce, od lat nie ujety, podkladacz bomb UNABOMER [jak sie pozniej okazalo - polskiego pochodzenia, Ted Kaczynski] ostrzegl, ze w tym czasie podlozy bombe wlasnie na LAX-ie. Pozniej podobno odwolal swoja grozbe ale stan podwyzszonego bezpieczenstwa zostal utrzymany. Wogole ten UNABOMER to troche ostatnio sie zdenerwowal. Mial juz za soba 20-letnia kariere rozrabiania, ale nie zrobil tak duzego zamieszania jak terrorysci w Oklahomie. Wyglada na to, ze poczul sie wyraznie gorszy, bo jak nigdy dotad zaczal kontaktowac sie z prasa. Moze stracil zimna krew na starosc, co moze znaczyc jego bliski koniec. Oby. [Z tego co pamietam, zlapano go pol roku pozniej, z pomoca brata Teda, ktory rozpoznal sposob wypowiadania sie brata] Najwiecej jego atakow (bomby w paczkach i listach) byla ukierunkowanych na ludzi zwiazanych z Computer Science (3 razy w Berkeley), wiecie co mam na mysli...

W Ottawie bylismy o 3 pm, po ponownej przesiadce w Detroit. Z lotniska przyjechalismy autobusem. Tu z lotniska jest calkiem blisko, wiec po poltorej godzinie bylismy w domu. Nareszcie w domu...

Pictures of Grand Canyon and Golden Gate by: Amanda and Adam Curtin;
Picture of me and Bryce Canyon: Agnieszka Gasieniec.


APPENDIX: Przepis na pizze (2 pizze)

Ciasto: 2 szklanki pszennej maki (all purpose), dwie czubate lyzeczki drozdzy "instant", 2 lyzeczki cukru, 4 lyzki oleju roslinnego.

Drozdze wymieszac w szklance cieplej wody (60 C) z cukrem. Czekac do wyrosniecia drozdzy (powinna pojawic sie 1cm piana) Make przepuscic przez sitko i wymieszac z gotowym roztworem drozdzowym. Najlepiej dolewac drozdze powoli zagniatajac rownoczesnie ciasto, unika sie balaganu na stole. Po wymieszaniu maki z drozdzami ciasto powinno sie lekko lepic do rak, ale nie powinno byc za rzadkie, to jest kwestia wyczucia - ktore przychodzi z czasem. Teraz nalezy wymieszac ciasto z olejem. Ja leje olej na stol i wygniatam powoli make w tym oleju. Ciasto chlonie olej i po jakis 5 minutach ugniatania olej powinien sie wymieszac z maka - tworzac ciasto. Ciasto MUSI byc dobrze wymieszane. Jak sobie wygnieciesz tak sobie pojesz. Gdy widac, ze konsystencja ciasta jest jednolita dzielimy ciasto na 2 kawalki i odstawiamy je do wyrosniecia, na conajmniej .5 godziny.

Wierzch: 0.5 duzej zielonej papryki (moze byc jeszcze troche czerwonej), 2 zabki czosnku, pol ostrej papryczki np jalape"na, 1 pomidor, 1 cebula, ketchup (np Heinza) lub masa pomidorowa oliwa (jak kto lubi), 8-10 pieczarek, 15 dag sera zoltego, oregano, oliwki & kapary, sos tabasco.

Gdy ciasto rosnie najlepiej przygotowac warzywa i podsmarzyc leciutko pociete na plasterki pieczarki, zeby nie byly surowe! Wyrosniety kawalek ciasta rozwalkowywujemy walkiem na placek o zadanej srednicy, u mnie wysokosc ciasta nie jest wieksza zwykle niz ~3 mm. Wierzch placka smarujemy, dosc cienko, ketchupem. Jak ktos lubi Tabasco to moze podrasowac ketchup odrobina Tabasco. Na to rozkladamy drobno pokrojony zabek czosnku oraz splasterkowana ostra papryczke (ile - zalezy od podniebienia). Teraz wedruja na wierzch podsmazone pieczarki. Wszystko posypujemy startym, w miare drobno, zoltym serem. Na to ida pomidory pociete w polplasterki, ja ukladam je na okolo pizzy. Pomidory przeplatamy pocieta w drobne kawalki zielona (i troche czerwona) swieza papryka. Na wierzch rozkladamy na kazda pizze po polowie cebuli pocietej w polokregi. Teraz juz tylko dodajemy oliwki i kapary, calosc posypujemy oregano i jesli ktos lubi polewa odrobina oliwy. Pizze wsadzamy do bardzo rozgrzanego piekarnika (ok 500 F) na KILKA minut. Mozna pizze przekrecic o 180^o w piekarniku zeby sie upiekla rownomierniej. Wyjac jak brzegi beda pomaranczowe.

UWAGA: nie polecam pieczenia 2 pizz na raz, to sie nie uda! Ja uzywam specjalnych foremek teflonowych wiec ciato nie przykleja mi sie do formy. Mozna uzyc zamiast tego jako podklad folii do pieczenia posypujac ja wczesniej lekko maka.

SMACZNEGO!